niedziela, 25 marca 2012

Softball, zakupy i zbliżający się PROM.

Im bliżej zakończenia roku, tym szybciej czas mi leci. Pogoda jest co najmniej wakacyjna (80F czyli 27ºC), co tylko poprawia humor i przyspiesza czas. Jak tak dalej pójdzie to wrócę do Polski murzynką. 3h treningu dziennie na pełnym słońcu robią swoje (tak, zaczęłam softball i nie zakończyłam go po dwóch treningach, bo za mną już pięć!).

16-17 marca spędziłam w Green Bay na spotkaniu z ludźmi z mojej organizacji. Było bardzo fajnie, szkoda że już nie ma więcej dwudniowych spotkań przed nami. Wszyscy się nieco nabijaliśmy, bo tematyka była "powrót do ojczyzny, jak sobie z tym poradzić." i koordynatorka była święcie przekonana, że będziemy płakać za Ameryką. Nie żebym negowała, że może być trudno zaaklimatyzować się w kraju, no ale bez przesady, po tym wyjeździe wcale Stanów nie uważam lepszych od PL i z tego, co widzę, reszta wymieńców też się wyleczyła z marzeń o Ameryce wykreowanych hollywoodzkimi filmami.

Wczoraj wybrałam się z Hayley na sukienkowo-promowe zakupy. Pomijam fakt, że kolejny raz dostałam ślinotoku, ale ceny jednak czasami leczą, jak wspomniałam w ostatnim poście. $300-400, dziękuję dobranoc. Hayley kupiła fioletową z czarnymi cekinami i jest śliczna! Dodaję trochę zdjęć (pierwszy rząd, czerwona po prawej to moja miłość):











Ubolewam nad faktem, że wszystkie powyższe sukienki wyglądają fantastycznie i zapewne nie oparłabym się zakupowi, ale niestety nie posiadają one wcięcia w talii i wiszą jak worek na wieszaku, także nie ma sensu. Sprzedawczynie sprytnie podpięły je na tyłach manekinów, więc ślicznie słodko leżą na wystawie, gorzej z ciałem. Buba.

Wczoraj też wybrałam się na urodziny do Jo. Śmiechy chichy i dobre samopoczucie. Wpadliśmy na pomysł grania w softball, który obrócił się w coś między softball-siatkówka-piłka nożna przy muzyce, którą puścił Jorge. Potem graliśmy w milion międzynarodowych gier i zakończyliśmy grą w karty, gdzie Kaylah, Hayley i ja oszukiwałyśmy, bo nie byłyśmy w stanie zapamiętać 44 kodów, ale nikt się nie zorientował i wygrałyśmy. :-D

Gram w softball. Przynajmniej próbuję, bo jak się okazało, dla mnie odbijanie piłki z hełmem na głowie jest nie do przeskoczenia. Wystarczy, że ten chory plastik opuści mój czerep i BUM bez problemu piłka leci hen hen daleko. Na ostatnim treningu odbiłam tą żółtą piłeczkę i zamiast biec, to stałam i patrzyłam jak daleko leci, bo nadziwić się nie mogłam, że jednak odbiłam! Wszyscy się ze mnie śmiali jak trenerka zapytała "no i czemu nie biegłaś?", a ja odpowiedziałam "bo musiałam zobaczyć swoje pierwsze odbicie jak daleko leci.." W piątek mieliśmy trening na sali gimnastycznej, bo pogoda się zepsuła i mieliśmy milion różnych ćwiczeń. Wszystkie piłki odbiłam. Dlaczego? No oczywiście, że plastiku nie miałam na głowie. :)
We wtorek drużyna leci na Florydę i wiecie co? Podoba mi się sposób w jaki WSZYSCY pracowali na wyjazd. Zero sponsorów, to była ich sprawa, jak nazbierają pieniądze. Mieli sprzedaże pizzy, kwiatów, sody, ja nawet wzięłam udział w sprzedawaniu kart ze zniżkami do różnych sklepów. Tutaj naprawdę się czuje szkołę, drużynę i tego "ducha walki". Swoją drogą muszę się pochwalić, ze znalazłam 17 ofiar i nazbierałam im $170. :-D W czwartek po treningu otrzymaliśmy ostatnie dwie godziny na sprzedawanie, podobieraliśmy się w grupy i jeździliśmy po różnych częściach okolicy. Sprzedałyśmy dodatkowo bodajże 12 kart i zostały one dopisane do wszystkich zawodników z grupy. Pomijam fakt, że chodzenie od człowieka do człowieka i sprzedawanie tych kart było co najmniej poniżające, bo czułam się jakbym sprzedawała to dla siebie, a nie na rzecz drużyny, no ale przynajmniej mam teraz jakieś pojęcie jak się czują perfumowi naciągacze na wrocławskim rynku i może w przyszłości będę dla nich milsza.
Mieliśmy tydzień na sprzedawanie kart. Każdy dostał 30. Za 30 dostawało się jakieś bluzy ze swoim nazwiskiem i logiem szkoły z softballem, za 20 dostawało się los z worka i można było wylosować pieniądze (wylosowałam $10 :D). Osoba, która sprzedała najwięcej kart dostała $1 za każdą i potem dodatkowe losowania za każde 10 kart wyżej od 20. Jakby nie było, zachęta była. Cała drużyna zebrała ok. $3600.

Na szafkach seniorów w szkole pojawiło się odliczanie. Zostało nam bodajże 33 dni szkolne do graduation. Jeszcze tylko 56 dni. 21 marca dostałam cap&gown, więc moja toga już na mnie czeka w garderobie. :-) 27 marca jadę na konkurs matematyczny do jakiegoś college w Wisconsin. Moja polska Pani z matematyki chyba by padła, gdyby się dowiedziała, że zostałam wybrana jako jedna z 5 osób z całej szkoły i jako jedyna dziewczyna w tej grupie. Muszę stwierdzić, że sama jestem z siebie dumna i moje rokowania na zdaną maturę z matmy w końcu są optymistyczne. :-D W piątek dostałam połowę swojego softballowego stroju, a numerek na koszulce będę miała 19. <3

23 marca był koniec pierwszej połowy semestru i moje ocenki wyglądają następująco:




środa, 29 lutego 2012

Wrestling & basketball tournaments, bowling.

Luty minął pod znakiem weekendów spędzonych na turniejach wrestlingu i koszykówki. Gdzieś w międzyczasie miałam dwudniowe spotkanie z innymi wymieńcami z mojej organizacji i okazję do spędzenia z nimi nocy w Green Bay. Moja szalona koordynatorka zabrała nas na zakupy do galerii o godzinie 20:55, gdzie o 21:00 zamykali sklepy. Czekaliśmy na nią na ławce w Kohl's. Kiedy wróciła była zdziwiona, że nic nie znaleźliśmy, haha. 16 i 17 marca mam kolejne dwudniowe spotkanie, znowu w Green Bay. Muszę się tam wybrać do kilku sklepów, bo koszulki z napisami "nie spoliczkowałam Cię tylko dałam Twojej twarzy piątkę" są nieziemskie. I jedyny w swoim rodzaju makaron, ale nie chcę spalić, więc gdy kupię, to zamieszczę zdjęcie. :-) Obiecuję mamo i tato, że po powrocie do Polski ugotuję z nim zupę!

W piątek wieczorem wybrałam się na urodziny Megan. Pojechaliśmy do Appleton na kręgle. Nigdy wcześniej w to nie grałam, więc byłam świadoma, że mierząc się z masterami (co tydzień jeżdżą w to grać) czekało mnie pasmo porażek. Pierwszy rzut 0, drugi 4, trzeci znów 0, a potem już się tak rozkręciłam, że po kilku grach wygrałam z 121 punktami. :-D Graliśmy całą noc i do dziś (4 dni później) czuję swoje ręce. Oczywiście nie obyło się bez rzutu w tył. Kręgiel mi uciekł i wszyscy mieli kupę śmiechu. Dla pocieszenia - nie mnie jedynej się to przytrafiło. Najlepsza była Kenia, która w przeciągu 10 szans zebrała tylko 10 punktów. Myślałam, że popłaczę się ze śmiechu. Noc była jak najbardziej udana i mam nadzieję, że jeszcze wiele takich przede mną, bo właśnie pod takim znakiem wyobrażałam sobie swoje "american dream". Dużo śmiechu, kupa zabawy i niezapomniane chwile. O 1 w nocy poszliśmy się błąkać po supermarkecie w poszukiwaniu grejpfrutów. O 4 skończyliśmy oglądać "Friends with benefits" (płakałam ze śmiechu), a o 11:30 hości odebrali mnie i Kenie, bo wybrałyśmy się do szkoły na turniej koszykówki, aby zrobić trochę godzin jako wolontariat w kuchni. W tym tygodniu znów się wybieramy.



Kenia i jej kręgiel, który nie chciał się toczyć..




Beer glasses for St. Patrick's Day

W szkole jak zwykle jestem podekscytowana biologią. Jak do tej pory mieliśmy już "sekcję zwłok" raka, dżdżownicy, kałamarnicy, świni i nerki. Przed nami jeszcze krowie oko, żaba, kozi mózg, etc. Z Algebry w końcu wyciągnęłam na A- i jestem z siebie przeogromnie dumna! Na Walentynki w ramach klubu "student council" wycinałam papierowe serca. Każda dziewczyna w liceum miała "wisiorek" z papierowym sercem i kiedy odezwała się do chłopaka, musiała oddać mu swój wisiorek. Całkiem fajna zabawa zwłaszcza, gdy chłopcy próbowali prowokować dziewczyny różnymi tekstami. ;-)

Tydzień temu w piątek Zack wywalczył sobie czwarte miejsce w stanie Wisconsin jako zapaśnik. :-) Cała szkoła została zwolniona z 15 minut szóstej godziny, bo w bibliotece z rzutnika nadawali Zacka pojedynek. Dzień wcześniej zrobiono spirit day (szkoła zebrała się na sali gimnastycznej i śpiewała szkolną piosenkę dla dwóch zawodników, którzy zakwalifikowali się do state tournament). Miłe.

W następnym tygodniu mamy Winter Carnival w ramach czego mamy szeroki wybór zajęć, które chcemy robić. Basen, kino, łucznictwo, kręgle, rzutki, stare kino (filmy czarno białe), przygotowywanie jedzenia, malowanie pisanek, nagrywanie śmiesznych filmików, ice fishing (stoją na lodzie i czekają na rybę-frajera :-D), etc. Zapisałam się na kino, bo strasznie chcę zobaczyć film "The Vow".

Od jutra mamy w szkole Book Fair, więc pewnie nie powstrzymam się i kupię kolejne książki. Swoją drogą strasznie dużo książek przeczytałam tu. Chyba zostanę po szkole i skuszę się na malowanie twarzy małych bachorków farbkami. :-) Wzięłam przepis na jakieś super smaczne ciasteczka od nauczycielki gotowania i mam zamiar je przygotować tak szybko, jak szybko dostanę się do jakiegoś sklepu spożywczego, bo powiem szczerze, że jestem od nich uzależniona!

Jeszcze tylko trzy miesiące i graduation. 21 marca przyjeżdża moje przebranie na zakończenie roku, 21 kwietnia mam prom, 20 maja graduation. 81 dni przede mną. Myślę nad zaangażowaniem się w softball po tym jak w pewnego pięknego dnia medal mistrzostwa Wrocławia w kwadranta zawisł na mojej tablicy korkowej. xD Sezon koszykówki praktycznie dobiegł końca. Przed nami softball i track. Dziś jest magiczny dzień.

sobota, 28 stycznia 2012

Nowy semestr & dwie biologie dziennie.

Powracam z nowym planem lekcji. Nowy semestr zaczął się 19 stycznia. 17 i 18 miałam egzaminy. Stresowałam się na maksa, ale wylądowałam z właściwie samymi A. Najśmieszniejsze jest, że z najłatwiejszej algebry dostałam C- z egzaminu, bo nauczyciel zdecydował się zrobić EGZAMIN w GRUPACH. Nie będę tego komentowała, każdy zna moją opinię. Trafiłam do najbardziej tępej grupy świata i całą robotę odwaliłam samodzielnie do momentu, gdy po 3/4 czasu pracy nauczyciel złapał mnie na tym, że robiłam robotę innych. Z racji, że nie mogłam dokończyć pracy jednego młotka, to wylądowałam z taką, a nie inną oceną (czego przez pewien czas nie mogłam przeżyć), bo ten czopek nie miał zielonego pojęcia, co robić. Zrobiłabym awanturę, ale nadal na koniec semestru mam A, a ocena spadła mi z 99% do 98%, więc nic się nie odzywałam, a tego nauczyciela pożegnałam, bo zamieniłam matmę na najwyższy poziom algebry jaki serwuje moja szkoła. (Algebra II) Oceny na koniec pierwszego semestru:


Mój nowy plan jest następujący:
1. Chemistry Online
2. English 10
3. Biology I
4. Spanish I
5. Algebra II
6. U.S History
7. Biology II

Chciałam brać chemię w szkole, ale nie pasowała mi ona do planu lekcji, więc zdecydowałam się na chemię online. Nie powiem, aby było to proste, bo siedzenie przed kompem, zmuszanie się do oglądania filmików, na których nauczyciele wykładają materiał, a nie sprawdzania e-maili, jest trudne. :-) Mimo to radzę sobie, haha. Chciałam zmienić angielski na poziom z college, ale niestety jest już na to za późno, powinnam to zrobić w połowie pierwszego semestru, a wtedy wydawało mi się, że nie podołam.
Wylądowałam z dwoma godzinami biologii DZIENNIE i jestem tak przeogromnie podjarana, że to poemat! Zmieniłam poziom algebry i tkwię teraz w poziomie, jaki miałam w PL. Ciekawe jak mi będzie szło, bo jak już wcześniej zaznaczałam, miałam problem ze zdaniem w PL. :-) Jak na razie z ostatniego sprawdzianu dostałam B+ i nauczyciel mnie pochwalił, bo szybko odnalazłam się w tematach, o których nie miałam zielonego pojęcia. Powrót do odpowiedniego poziomu matmy po półrocznym obijaniu się jest dla mnie ogromnym wyzwaniem, zwłaszcza, że nie lubimy się z panią matematyką. :-)
Trochę żałuję, że oddałam Advanced Health, ale zostałam zmuszona. Nie pasowało mi do planu lekcji i zwichrowałoby mi go całkiem, więc postanowiłam pożegnać przystojnego Benjamina.

Muszę się pochwalić, bo nie wytrzymam! Ostatnio mieliśmy "sekcję zwłok" na biologii! Najpierw wytłumaczę. Sowy połykają swoje ofiary w całości. Potem jak mięsko jest strawione, kości i futro jest przez nie wypluwane. To coś, co jest wyplute wygląda jak kupa, no ale mniejsza. Dostaliśmy to cudo do rozbierania. :-D Musiałam wyciągać kości i oznaczać je odpowiednio. CUDOWNE TO BYŁO!

Teraz na historii przerabiamy Holocaust i praktycznie cały czas oglądamy filmy o Auschwitz, etc. Czasami czuję się jak Hitler, kiedy przychodzą momenty, gdy chciałabym mieć okazję rozstrzelać czubów, które prychają w momencie, gdy pokazywane są sceny, jak Nazi pastwią się nad kimś. Niektórzy nie powinni mieć okazji oglądać tego, bo są po prostu zbyt głupi na to.

Dołączyłam w szkole do kilku klubów i czuję się jak hyperactive kid (nadpobudliwe dziecko), no ale niechaj będzie. Quiz Bowl (gra polegająca na odpowiadaniu na pytania wszelkiej maści), Art Club, SWAT (students with alternative thinking). Co chwilę ląduję u pielęgniarki, aby jej w czymś pomagać lub w szkole podstawowej, aby poprawiać sprawdziany. Teraz jestem na etapie przedstawiania miliona prezentacji i pytania, które otrzymuję po nich, czasami mnie zabijają. "Jakie rodzaje ryb macie w Polsce?" (ażebym znała ich nazwy po angielsku to byłoby fajnie, podałam tylko pstrąga..) Niedawno były robione zdjęcia clubowe do yearbooka, więc trochę mnie tam będzie. W następnym tygodniu zacznę tutoring (korepetycje) dla jakiegoś dzieciaczka ze szkoły podstawowej.

Wczoraj byłam na meczu koszykówki u nas w szkole. Rozpływałam się, kiedy Taylon trzymał na kolanach jakiegoś trzylatka. Zaczepiał go, patrzył za nim, kiedy mały ganiał gdzieś obok. Miło było siedzieć wokół zgrai Varsity, która z pozoru wydawałaby się być "dzieci, pfff", a tu wszyscy zajmowali się maluchami. Słodko. Zła wczoraj mocno byłam, bo poszłam na mecz z pustym żołądkiem i musiałam zapchać go popcornem i batonem, a marzyły mi się krewetki, no ale w szkole tego nie serwują, więc dupcia. Przebolałam. Cieszę się, że poszłam, bo przynajmniej wszyscy razem ponarzekaliśmy trochę i nie czuję się jedyna. Nic nie jest tak proste, jak to wydawało się być na początku.

Wiecie, że czasami marzenia obracają się w koszmar?

sobota, 14 stycznia 2012

Święta, Reality Check & Interview.

Święta i po świętach. Mieliśmy trzy partie świąt, bo taką wielką rodzinę mamy. Pierwsza partia tydzień przed Świętami, druga w Święta i trzecia w piątek przed Sylwestrem. Całkiem przyjemnie było, zwłaszcza, że asymilowałam się z małymi potworami. (Nie lubię lub powinnam teraz powiedzieć, że bardzo nie lubiłam małych dzieci..) Któryś raz z kolei brakowało mi polskiego jedzenia (wypowiada się dziecko, które dzień w dzień jadło w fast foodzie). Sylwestra spędziłam z moimi ulubionymi Amerykankami i w gronie sześcioosobowym graliśmy w Wii (wracam do domu i nabywam cudo!) oraz w inne amerykańskie gierki.

Wczoraj miałam w szkole Reality Check i Interview jako final exam (egzamin końcowy) z Senior Studies. Reality Check polegało na tym, że w oparciu o mój przyszły zawód dostałam wypłatę i miałam się rządzić na miesiąc. Aby nie było zbyt łatwo, zostałam obciążona MĘŻEM (który był farmaceutą i nie wiem jakim cudem zarabiał tylko $1200) oraz dwójką małych potworków (dwie córki, jedna roczek, druga miała cztery latka). Summa summarum po odebraniu podatków miałam lekko ponad $4300. Brzmi całkiem pozytywnie, myślałam, że wszystko pójdzie na luzie, gdy nagle... okazało się, że mam kupić auto dla siebie i dla męża! (jakby sam sobie kupić nie mógł), paliwo do obu wehikułów ($350), musiałam wynająć dom (nie stać mnie było, aby go kupić), lodówki, kuchenki, pranie, jedzenie, extra zajęcia dla rodziny (wybrałam kręgle, bo były najtańsze...), telefony (stać mnie było na najtańszy bez internetu za $22 z 100min. na miesiąc, nie sądzę, aby wystarczyło, ale kogo to obchodzi... :-)). W międzyczasie pielęgniarka dorwała mnie i kazała ciągnąć kartę. Wyciągnęłam rachunek na $120, bo brak ubezpieczenia tralala. (Caroline wyciągnęła kartę z $25. To nie fair, prawie $100 mniej!) Ubezpieczenie wyszło mnie ponad $650. Dentysta dla całej rodziny $110, ubezpieczenie medyczne ponad $300 i jeszcze jakieś tam ubezpieczenia w razie śmierci. Wzięłam wszystkie najdroższe i chyba przesadziłam, bo przecież nie było opcji, abym umarła w trakcie zdawania egzaminu. xD Musiałam odwiedzić stanowisko pt. "You're invited" (jesteś zaproszony) i losowałam karty. Oczywiście tego dnia miałam takie szczęście, że wylosowałam królową, która kosztowała NAJWIĘCEJ, bo aż $80 musiałam wyrzucić na czyjąś rocznicę ślubu! (Nie wspominam, że inni płacili po $2, $10,...) Następnie musiałam odwiedzić dwa razy fate (losy) i wyciągnęłam dwie karty, które wyniosły mnie $175, bo moje dziecko zepsuło komputer i coś jeszcze! To jeszcze nic. Wszystko byłoby fajnie, gdybym miała jedno dziecko, ale że miałam dwa i jedno z nich miało roczek (dodatkowo pampersy i opieka) musiałam zapłacić za Day Care (opieka dzienna) $1400! To mnie zrujnowało! Potem już nie byłam w stanie nawet kupić internetu i kablówki do domu, a facetowi ze stanowiska tłumaczyłam, że internet mam w pracy, a kablówki nie oglądamy, bo nie mamy czasu, musimy pracować. Miałam rację, bo na końcu, gdy myślałam, że wszystko ukończyłam, musiałam jeszcze zapłacić student loan (studencka pożyczka - $600), a miałam na koncie tylko $30! Jako lekarz (stażysta, bo mieliśmy wszyscy ok. 28 lat) musiałam wziąć part-time job! (praca w niepełnym wymiarze) Wylądowałam z 60 godzinami pracy tygodniowo, ale trudno. Przynajmniej byłam w stanie za wszystko zapłacić. xD Wypisywanie czeków było całkiem zabawne (zwłaszcza, że moje czeki skitrali i napisali "Anna Nielipinski", więc mogłam się kłócić, że wystawiłam niepokryte pieniądze i nadal mam tyle z iloma startowałam. :-D) Ze mną jeszcze nie było tak źle, bo ludzie, którzy chcą zostać trenerami, etc. musieli brać dwie dodatkowe prace, haha! Doświadczenie bardzo pozytywne. :-)

Potem miałam dwie godziny wolnego, więc z Megan pojechałam do New London do supermarketu. Kupiłam  seafoodową sałatkę (której jeszcze nie zjadłam..), pączka i wylądowałyśmy w MC. O 13 miałam interview o pracę z lekarką. Poszło lepiej niż myślałam. Na początku się strasznie stresowałam nową sytuacją, ale wybrnęłam ze wszystkich pytań ("Dlaczego chcesz być lekarzem, co jeśli nie uda Ci się kogoś uratować, jak reagujesz na krew, jesteś osobą do pracy w grupie czy indywidualistką, jeśli coś nie idzie Ci po myśli, co wtedy robisz, jak opisałabyś swój charakter, jak dochodzisz do celu, co ostatnio zrobiłaś bardzo kreatywnego związanego z obranym zawodem, dlaczego chcesz pracować profesjonalnie, jakie są Twoje mocne strony i jakie są Twoje słabości, etc, etc.), a na końcu usłyszałam, że ze swoimi "stażami" w szpitalu i dodatkowymi kursami do matury, jej zdaniem mam prostą drogę do osiągnięcia celu. :-)

We wtorek i środę mam finals. (egzaminy końcowe) Mam nadzieję, że pójdzie dobrze. (Senior Studies mam już zaliczone na 100%.) Plan na drugi semestr jest praktycznie taki sam, tylko poziomy podwyższyłam. Algebra II (moja fantastyczna szkoła ma tylko I i II), Biology II, U.S History, Advanced Health, Spanish I, English 10. Na pierwszej godzinie mam study hall (okienko) i chyba wezmę w to miejsce Scandals in History (skandale w historii), bo zamiast się obijać, wolę mieć sposobność do nauki języka, a przy okazji ogarnięcia czegoś, czego w PL nie uczą.

(Urodzinowy balon od Kaylah)

Przyszedł 2012 i pomimo niesprzyjających warunków 
mam zamiar wycisnąć z niego ile tylko się da!

sobota, 24 grudnia 2011

18stka w Stanach.

Były to pierwsze moje urodziny, w które musiałam iść do szkoły (wspaniały prezent na 18stkę :-D). I wiecie co? Wielkie zaskoczenie. Przyszłam do szkoły, nad szafką miałam wielki plakat z napisem "Wszystkiego najlepszego w Twoje 18 urodziny, Anna!" i balony wokół. Potem dziewczyny zbiegły się, zaczęły życzenia składać. Na matematyce posypały się kolejne życzenia, na angielskim footballiści śpiewali mi sto lat i odkryli gdzieś na końcu klasy balona, którego Kaylah miała dla mnie jako niespodziankę. Za kilka dni na chwilę zmienię głos jak nawciągam się z niego helu. :-) Nowym doświadczeniem dla mnie było, kiedy chodziłam korytarzami i nawet ludzie, których znam tylko z widzenia lub wcale, składali mi życzenia, życzyli miłego dnia. Na lunchu Kenia po jakimś czasie przybiegła z lodami i m&m'sami. Specjalnie pobiegła na stację benzynową, kiedy na dworze śnieg leży! To było kochane. W domu czekały na mnie prezenty od hostów, a potem dziewczyny zjechały się niespodziewanie. Hannah wszystko zorganizowała i muszę przyznać, że nieźle to zorganizowała, bo wszystko tak naprawdę działo się pod moim nosem, a nie miałam o tym zielonego pojęcia. Ten rok w Stanach zawiera wiele "pierwszy raz w moim życiu...".

Zdjęcia dodam w następnym poście. Chciałam Wam wszystkim życzyć wesołych, spokojnych Świąt!

niedziela, 18 grudnia 2011

I'm glad being Student of the Month.

Przez te trzy tygodnie zadziało się strasznie dużo, a jednocześnie nic.

5 grudnia zamówiłam rzeczy potrzebne do graduation (zakończenie high school) i na wiosnę otrzymam swój outfit (togę, czapkę i trzecią rzecz, której nazwa jest obsceniczna, więc nie będę jej przytaczała). Tak sobie myślę, że jeżeli rzeczywiście dostanę amerykańską diploma (a wszystko na to wskazuje), to znak, że jestem największym Dzieckiem Szczęścia, jakie się tylko urodziło na świecie. Napiszę książkę pt. "Jak skutecznie kreować swoją przyszłość".

Tego samego dnia zostałam wezwana do sekretariatu i myślałam, że chodzi o prezentację o kraju, której nie przestawiłam, bo szkoła zachowała się niegrzecznie, a ja nie będę serwowała jako wolontariusz. :) (Wszyscy exchange w naszej szkole są z jednej organizacji, tylko ja jestem wyrzutkiem z innej i ich koordynatorka zadała im zadanie, aby przedstawili w szkole prezentacje o swoim państwie. Potem dyrektorka w szkole się do tego podpięła i kazała im przedstawiać to kilkakrotnie. Potem jakiś czop poszedł do sekretariatu i naskarżył, że nie wszyscy exchange przedstawiają - chodziło o mnie - to przed szkolny radiowęzeł lub jakakolwiek nazwa tego dziwadła jest, nadano, że "wszyscy exchange student MUSZĄ przedstawić prezentacje". Przepraszam bardzo, ale nikt mnie o tym nie poinformował (reszta była poinformowana 3 tygodnie wcześniej), a tym bardziej nie poprosił mnie o to twarzą w twarz, więc nie poczuwam się jak owca, która będzie galopowała do sekretariatu i grzecznie pytała, kiedy mogę swoją prezentację przedstawić, której notabene nie miałam, co jest rzeczą oczywistą. Tak więc wypięłam się tyłkiem na brak profesjonalizmu w naszej szkole i miałam gdzieś ich prezentacje. Layson nic nie musi, jak mu się nie mówi w twarz.) Wracając do tematu.. zostałam wezwana, aby odebrać tytuł (uwaga!) STUDENTA MIESIĄCA, haha. Przepraszam, ale mnie to śmieszy. Najzabawniejszą partią tej informacji była wzmianka o tym, że z przedmiotu mającego nazwę MATEMATYKA. (zaznaczam, że w Polsce ledwo z tego zdałam) Mieliśmy zdjęcie do gazety, dostaliśmy nagrody (całe DOLAR i TRZYDZIEŚCI centów na śniadanie, których nie wykorzystam, bo zbyt wielką wartość sentymentalną ma dla mnie ta FORTUNA!). Wczoraj Lisa przekazała mi gazetę i co? Oczywiście przekręcili moje nazwisko i zepsuli robotę, bo napisali, że jesteśmy studentami tygodnia, a nie miesiąca! Wypraszam sobie. Po pierwsze nikt nikogo wcześniej nie wybierał (jesteśmy pierwszy w przeciągu prawie całego semestru!), a po drugie co za głąb.. no dobra, nie wypowiadam się. To są tylko Amerykanie. :-))

Bodajże 8 grudnia wzięłam ostatnią szczepionkę-kombajn, która zawierała trzy różne dawki, z których dwie kiedyś za górami, za lasami, dawno temu w trawie, już w życiu brałam, no ale cóż. Mam to za sobą i mogą mnie cmoknąć.

Tydzień temu otrzymałam swoje senior pictures. Cieszy mnie fakt, że w końcu je mam, ale nie do końca wiem, jak je przewiozę do domu, bo jedno zdjęcie jest większe niż długość mojego przedramienia, ale jakoś będzie trzeba dać sobie radę. Na razie czeka mnie jeszcze sześć - miejmy nadzieję - wspaniałych miesięcy. (Swoją drogą jestem zmęczona tą całą "cudowną" Ameryką.) Zdjęcie wszystkich oprócz największego:


W czwartek Mr. Prodell zmusił nas, abyśmy w końcu przestali obijać się na siłowni (w ramach kinesiology mamy tygodniowo jeden dzień activity) i oceniał nas za pracę, którą wykonywaliśmy. Przeszłam tudzież przeskoczyłam samą siebie, bo jak u nas w polskim LO namiętnie obijałam się, jak tylko potrafiłam (uwielbiam pana Kuchara, pozdrawiam!), tak tutaj pobiłam swoje życiowe rekordy! Na leg press (odpychanie nogami) wzięłam 91kg, na inner thigh (rozkraczone nogi trzeba zebrać do siebie) 30kg, arm curl 9kg (śmiejcie się śmiejcie, każdy ma słabe strony xD), a na chest press (nie wiem jak to przetłumaczyć, wpiszcie sobie w google) 17kg normalnie i 27kg z pomocą mojej wspaniałej prawej nóżki. :) Tak, też sądzę, że jestem małym Pudzianem. Duma mnie rozpiera. A! I przy okazji dziewczyny rozciągały się, próbowały stopami dotknąć głowy, a okazało się, że Layson, który obija się aktywnie (leń śmierdzący!), praktycznie nic nie robi, nie trenuje, nic, nic, null, zrobił największy łuk w wygięciu i brakowało mi 5cm. Owszem, nie ma sprawiedliwości na tym świecie.

Pierwszą partię świąt mam za sobą i jestem załamana (hamburgery na "stole wigilijnym", ale to opiszę kiedy indziej), a przede mną jeszcze dwa spotkania z rodziną (mają za dużą, aby spotkać się na raz. Na ostatnim było 40 osób.) Tak poza tym, to finals (egzaminy semestralne) się zbliżają, powinnam drżeć, ale pewnie jak zwykle wezmę się za to na ostatnią chwilę. (Chociaż muszę się pochwalić, że kinesiology powtarzam JUŻ, ale może to dlatego, że człowiek, kości, mięśnie, złamania, dźwignie i inne cuda z fizyki, etc. to moje ulubione tematy?)

Chciałam podziękować za cudowną urodzinową paczkę od Iwony i Piotra! Jesteście najwspanialsi na świecie, a Iwona chyba czyta mi w myślach. Dzię-ku-ję!