sobota, 28 stycznia 2012

Nowy semestr & dwie biologie dziennie.

Powracam z nowym planem lekcji. Nowy semestr zaczął się 19 stycznia. 17 i 18 miałam egzaminy. Stresowałam się na maksa, ale wylądowałam z właściwie samymi A. Najśmieszniejsze jest, że z najłatwiejszej algebry dostałam C- z egzaminu, bo nauczyciel zdecydował się zrobić EGZAMIN w GRUPACH. Nie będę tego komentowała, każdy zna moją opinię. Trafiłam do najbardziej tępej grupy świata i całą robotę odwaliłam samodzielnie do momentu, gdy po 3/4 czasu pracy nauczyciel złapał mnie na tym, że robiłam robotę innych. Z racji, że nie mogłam dokończyć pracy jednego młotka, to wylądowałam z taką, a nie inną oceną (czego przez pewien czas nie mogłam przeżyć), bo ten czopek nie miał zielonego pojęcia, co robić. Zrobiłabym awanturę, ale nadal na koniec semestru mam A, a ocena spadła mi z 99% do 98%, więc nic się nie odzywałam, a tego nauczyciela pożegnałam, bo zamieniłam matmę na najwyższy poziom algebry jaki serwuje moja szkoła. (Algebra II) Oceny na koniec pierwszego semestru:


Mój nowy plan jest następujący:
1. Chemistry Online
2. English 10
3. Biology I
4. Spanish I
5. Algebra II
6. U.S History
7. Biology II

Chciałam brać chemię w szkole, ale nie pasowała mi ona do planu lekcji, więc zdecydowałam się na chemię online. Nie powiem, aby było to proste, bo siedzenie przed kompem, zmuszanie się do oglądania filmików, na których nauczyciele wykładają materiał, a nie sprawdzania e-maili, jest trudne. :-) Mimo to radzę sobie, haha. Chciałam zmienić angielski na poziom z college, ale niestety jest już na to za późno, powinnam to zrobić w połowie pierwszego semestru, a wtedy wydawało mi się, że nie podołam.
Wylądowałam z dwoma godzinami biologii DZIENNIE i jestem tak przeogromnie podjarana, że to poemat! Zmieniłam poziom algebry i tkwię teraz w poziomie, jaki miałam w PL. Ciekawe jak mi będzie szło, bo jak już wcześniej zaznaczałam, miałam problem ze zdaniem w PL. :-) Jak na razie z ostatniego sprawdzianu dostałam B+ i nauczyciel mnie pochwalił, bo szybko odnalazłam się w tematach, o których nie miałam zielonego pojęcia. Powrót do odpowiedniego poziomu matmy po półrocznym obijaniu się jest dla mnie ogromnym wyzwaniem, zwłaszcza, że nie lubimy się z panią matematyką. :-)
Trochę żałuję, że oddałam Advanced Health, ale zostałam zmuszona. Nie pasowało mi do planu lekcji i zwichrowałoby mi go całkiem, więc postanowiłam pożegnać przystojnego Benjamina.

Muszę się pochwalić, bo nie wytrzymam! Ostatnio mieliśmy "sekcję zwłok" na biologii! Najpierw wytłumaczę. Sowy połykają swoje ofiary w całości. Potem jak mięsko jest strawione, kości i futro jest przez nie wypluwane. To coś, co jest wyplute wygląda jak kupa, no ale mniejsza. Dostaliśmy to cudo do rozbierania. :-D Musiałam wyciągać kości i oznaczać je odpowiednio. CUDOWNE TO BYŁO!

Teraz na historii przerabiamy Holocaust i praktycznie cały czas oglądamy filmy o Auschwitz, etc. Czasami czuję się jak Hitler, kiedy przychodzą momenty, gdy chciałabym mieć okazję rozstrzelać czubów, które prychają w momencie, gdy pokazywane są sceny, jak Nazi pastwią się nad kimś. Niektórzy nie powinni mieć okazji oglądać tego, bo są po prostu zbyt głupi na to.

Dołączyłam w szkole do kilku klubów i czuję się jak hyperactive kid (nadpobudliwe dziecko), no ale niechaj będzie. Quiz Bowl (gra polegająca na odpowiadaniu na pytania wszelkiej maści), Art Club, SWAT (students with alternative thinking). Co chwilę ląduję u pielęgniarki, aby jej w czymś pomagać lub w szkole podstawowej, aby poprawiać sprawdziany. Teraz jestem na etapie przedstawiania miliona prezentacji i pytania, które otrzymuję po nich, czasami mnie zabijają. "Jakie rodzaje ryb macie w Polsce?" (ażebym znała ich nazwy po angielsku to byłoby fajnie, podałam tylko pstrąga..) Niedawno były robione zdjęcia clubowe do yearbooka, więc trochę mnie tam będzie. W następnym tygodniu zacznę tutoring (korepetycje) dla jakiegoś dzieciaczka ze szkoły podstawowej.

Wczoraj byłam na meczu koszykówki u nas w szkole. Rozpływałam się, kiedy Taylon trzymał na kolanach jakiegoś trzylatka. Zaczepiał go, patrzył za nim, kiedy mały ganiał gdzieś obok. Miło było siedzieć wokół zgrai Varsity, która z pozoru wydawałaby się być "dzieci, pfff", a tu wszyscy zajmowali się maluchami. Słodko. Zła wczoraj mocno byłam, bo poszłam na mecz z pustym żołądkiem i musiałam zapchać go popcornem i batonem, a marzyły mi się krewetki, no ale w szkole tego nie serwują, więc dupcia. Przebolałam. Cieszę się, że poszłam, bo przynajmniej wszyscy razem ponarzekaliśmy trochę i nie czuję się jedyna. Nic nie jest tak proste, jak to wydawało się być na początku.

Wiecie, że czasami marzenia obracają się w koszmar?

sobota, 14 stycznia 2012

Święta, Reality Check & Interview.

Święta i po świętach. Mieliśmy trzy partie świąt, bo taką wielką rodzinę mamy. Pierwsza partia tydzień przed Świętami, druga w Święta i trzecia w piątek przed Sylwestrem. Całkiem przyjemnie było, zwłaszcza, że asymilowałam się z małymi potworami. (Nie lubię lub powinnam teraz powiedzieć, że bardzo nie lubiłam małych dzieci..) Któryś raz z kolei brakowało mi polskiego jedzenia (wypowiada się dziecko, które dzień w dzień jadło w fast foodzie). Sylwestra spędziłam z moimi ulubionymi Amerykankami i w gronie sześcioosobowym graliśmy w Wii (wracam do domu i nabywam cudo!) oraz w inne amerykańskie gierki.

Wczoraj miałam w szkole Reality Check i Interview jako final exam (egzamin końcowy) z Senior Studies. Reality Check polegało na tym, że w oparciu o mój przyszły zawód dostałam wypłatę i miałam się rządzić na miesiąc. Aby nie było zbyt łatwo, zostałam obciążona MĘŻEM (który był farmaceutą i nie wiem jakim cudem zarabiał tylko $1200) oraz dwójką małych potworków (dwie córki, jedna roczek, druga miała cztery latka). Summa summarum po odebraniu podatków miałam lekko ponad $4300. Brzmi całkiem pozytywnie, myślałam, że wszystko pójdzie na luzie, gdy nagle... okazało się, że mam kupić auto dla siebie i dla męża! (jakby sam sobie kupić nie mógł), paliwo do obu wehikułów ($350), musiałam wynająć dom (nie stać mnie było, aby go kupić), lodówki, kuchenki, pranie, jedzenie, extra zajęcia dla rodziny (wybrałam kręgle, bo były najtańsze...), telefony (stać mnie było na najtańszy bez internetu za $22 z 100min. na miesiąc, nie sądzę, aby wystarczyło, ale kogo to obchodzi... :-)). W międzyczasie pielęgniarka dorwała mnie i kazała ciągnąć kartę. Wyciągnęłam rachunek na $120, bo brak ubezpieczenia tralala. (Caroline wyciągnęła kartę z $25. To nie fair, prawie $100 mniej!) Ubezpieczenie wyszło mnie ponad $650. Dentysta dla całej rodziny $110, ubezpieczenie medyczne ponad $300 i jeszcze jakieś tam ubezpieczenia w razie śmierci. Wzięłam wszystkie najdroższe i chyba przesadziłam, bo przecież nie było opcji, abym umarła w trakcie zdawania egzaminu. xD Musiałam odwiedzić stanowisko pt. "You're invited" (jesteś zaproszony) i losowałam karty. Oczywiście tego dnia miałam takie szczęście, że wylosowałam królową, która kosztowała NAJWIĘCEJ, bo aż $80 musiałam wyrzucić na czyjąś rocznicę ślubu! (Nie wspominam, że inni płacili po $2, $10,...) Następnie musiałam odwiedzić dwa razy fate (losy) i wyciągnęłam dwie karty, które wyniosły mnie $175, bo moje dziecko zepsuło komputer i coś jeszcze! To jeszcze nic. Wszystko byłoby fajnie, gdybym miała jedno dziecko, ale że miałam dwa i jedno z nich miało roczek (dodatkowo pampersy i opieka) musiałam zapłacić za Day Care (opieka dzienna) $1400! To mnie zrujnowało! Potem już nie byłam w stanie nawet kupić internetu i kablówki do domu, a facetowi ze stanowiska tłumaczyłam, że internet mam w pracy, a kablówki nie oglądamy, bo nie mamy czasu, musimy pracować. Miałam rację, bo na końcu, gdy myślałam, że wszystko ukończyłam, musiałam jeszcze zapłacić student loan (studencka pożyczka - $600), a miałam na koncie tylko $30! Jako lekarz (stażysta, bo mieliśmy wszyscy ok. 28 lat) musiałam wziąć part-time job! (praca w niepełnym wymiarze) Wylądowałam z 60 godzinami pracy tygodniowo, ale trudno. Przynajmniej byłam w stanie za wszystko zapłacić. xD Wypisywanie czeków było całkiem zabawne (zwłaszcza, że moje czeki skitrali i napisali "Anna Nielipinski", więc mogłam się kłócić, że wystawiłam niepokryte pieniądze i nadal mam tyle z iloma startowałam. :-D) Ze mną jeszcze nie było tak źle, bo ludzie, którzy chcą zostać trenerami, etc. musieli brać dwie dodatkowe prace, haha! Doświadczenie bardzo pozytywne. :-)

Potem miałam dwie godziny wolnego, więc z Megan pojechałam do New London do supermarketu. Kupiłam  seafoodową sałatkę (której jeszcze nie zjadłam..), pączka i wylądowałyśmy w MC. O 13 miałam interview o pracę z lekarką. Poszło lepiej niż myślałam. Na początku się strasznie stresowałam nową sytuacją, ale wybrnęłam ze wszystkich pytań ("Dlaczego chcesz być lekarzem, co jeśli nie uda Ci się kogoś uratować, jak reagujesz na krew, jesteś osobą do pracy w grupie czy indywidualistką, jeśli coś nie idzie Ci po myśli, co wtedy robisz, jak opisałabyś swój charakter, jak dochodzisz do celu, co ostatnio zrobiłaś bardzo kreatywnego związanego z obranym zawodem, dlaczego chcesz pracować profesjonalnie, jakie są Twoje mocne strony i jakie są Twoje słabości, etc, etc.), a na końcu usłyszałam, że ze swoimi "stażami" w szpitalu i dodatkowymi kursami do matury, jej zdaniem mam prostą drogę do osiągnięcia celu. :-)

We wtorek i środę mam finals. (egzaminy końcowe) Mam nadzieję, że pójdzie dobrze. (Senior Studies mam już zaliczone na 100%.) Plan na drugi semestr jest praktycznie taki sam, tylko poziomy podwyższyłam. Algebra II (moja fantastyczna szkoła ma tylko I i II), Biology II, U.S History, Advanced Health, Spanish I, English 10. Na pierwszej godzinie mam study hall (okienko) i chyba wezmę w to miejsce Scandals in History (skandale w historii), bo zamiast się obijać, wolę mieć sposobność do nauki języka, a przy okazji ogarnięcia czegoś, czego w PL nie uczą.

(Urodzinowy balon od Kaylah)

Przyszedł 2012 i pomimo niesprzyjających warunków 
mam zamiar wycisnąć z niego ile tylko się da!

sobota, 24 grudnia 2011

18stka w Stanach.

Były to pierwsze moje urodziny, w które musiałam iść do szkoły (wspaniały prezent na 18stkę :-D). I wiecie co? Wielkie zaskoczenie. Przyszłam do szkoły, nad szafką miałam wielki plakat z napisem "Wszystkiego najlepszego w Twoje 18 urodziny, Anna!" i balony wokół. Potem dziewczyny zbiegły się, zaczęły życzenia składać. Na matematyce posypały się kolejne życzenia, na angielskim footballiści śpiewali mi sto lat i odkryli gdzieś na końcu klasy balona, którego Kaylah miała dla mnie jako niespodziankę. Za kilka dni na chwilę zmienię głos jak nawciągam się z niego helu. :-) Nowym doświadczeniem dla mnie było, kiedy chodziłam korytarzami i nawet ludzie, których znam tylko z widzenia lub wcale, składali mi życzenia, życzyli miłego dnia. Na lunchu Kenia po jakimś czasie przybiegła z lodami i m&m'sami. Specjalnie pobiegła na stację benzynową, kiedy na dworze śnieg leży! To było kochane. W domu czekały na mnie prezenty od hostów, a potem dziewczyny zjechały się niespodziewanie. Hannah wszystko zorganizowała i muszę przyznać, że nieźle to zorganizowała, bo wszystko tak naprawdę działo się pod moim nosem, a nie miałam o tym zielonego pojęcia. Ten rok w Stanach zawiera wiele "pierwszy raz w moim życiu...".

Zdjęcia dodam w następnym poście. Chciałam Wam wszystkim życzyć wesołych, spokojnych Świąt!

niedziela, 18 grudnia 2011

I'm glad being Student of the Month.

Przez te trzy tygodnie zadziało się strasznie dużo, a jednocześnie nic.

5 grudnia zamówiłam rzeczy potrzebne do graduation (zakończenie high school) i na wiosnę otrzymam swój outfit (togę, czapkę i trzecią rzecz, której nazwa jest obsceniczna, więc nie będę jej przytaczała). Tak sobie myślę, że jeżeli rzeczywiście dostanę amerykańską diploma (a wszystko na to wskazuje), to znak, że jestem największym Dzieckiem Szczęścia, jakie się tylko urodziło na świecie. Napiszę książkę pt. "Jak skutecznie kreować swoją przyszłość".

Tego samego dnia zostałam wezwana do sekretariatu i myślałam, że chodzi o prezentację o kraju, której nie przestawiłam, bo szkoła zachowała się niegrzecznie, a ja nie będę serwowała jako wolontariusz. :) (Wszyscy exchange w naszej szkole są z jednej organizacji, tylko ja jestem wyrzutkiem z innej i ich koordynatorka zadała im zadanie, aby przedstawili w szkole prezentacje o swoim państwie. Potem dyrektorka w szkole się do tego podpięła i kazała im przedstawiać to kilkakrotnie. Potem jakiś czop poszedł do sekretariatu i naskarżył, że nie wszyscy exchange przedstawiają - chodziło o mnie - to przed szkolny radiowęzeł lub jakakolwiek nazwa tego dziwadła jest, nadano, że "wszyscy exchange student MUSZĄ przedstawić prezentacje". Przepraszam bardzo, ale nikt mnie o tym nie poinformował (reszta była poinformowana 3 tygodnie wcześniej), a tym bardziej nie poprosił mnie o to twarzą w twarz, więc nie poczuwam się jak owca, która będzie galopowała do sekretariatu i grzecznie pytała, kiedy mogę swoją prezentację przedstawić, której notabene nie miałam, co jest rzeczą oczywistą. Tak więc wypięłam się tyłkiem na brak profesjonalizmu w naszej szkole i miałam gdzieś ich prezentacje. Layson nic nie musi, jak mu się nie mówi w twarz.) Wracając do tematu.. zostałam wezwana, aby odebrać tytuł (uwaga!) STUDENTA MIESIĄCA, haha. Przepraszam, ale mnie to śmieszy. Najzabawniejszą partią tej informacji była wzmianka o tym, że z przedmiotu mającego nazwę MATEMATYKA. (zaznaczam, że w Polsce ledwo z tego zdałam) Mieliśmy zdjęcie do gazety, dostaliśmy nagrody (całe DOLAR i TRZYDZIEŚCI centów na śniadanie, których nie wykorzystam, bo zbyt wielką wartość sentymentalną ma dla mnie ta FORTUNA!). Wczoraj Lisa przekazała mi gazetę i co? Oczywiście przekręcili moje nazwisko i zepsuli robotę, bo napisali, że jesteśmy studentami tygodnia, a nie miesiąca! Wypraszam sobie. Po pierwsze nikt nikogo wcześniej nie wybierał (jesteśmy pierwszy w przeciągu prawie całego semestru!), a po drugie co za głąb.. no dobra, nie wypowiadam się. To są tylko Amerykanie. :-))

Bodajże 8 grudnia wzięłam ostatnią szczepionkę-kombajn, która zawierała trzy różne dawki, z których dwie kiedyś za górami, za lasami, dawno temu w trawie, już w życiu brałam, no ale cóż. Mam to za sobą i mogą mnie cmoknąć.

Tydzień temu otrzymałam swoje senior pictures. Cieszy mnie fakt, że w końcu je mam, ale nie do końca wiem, jak je przewiozę do domu, bo jedno zdjęcie jest większe niż długość mojego przedramienia, ale jakoś będzie trzeba dać sobie radę. Na razie czeka mnie jeszcze sześć - miejmy nadzieję - wspaniałych miesięcy. (Swoją drogą jestem zmęczona tą całą "cudowną" Ameryką.) Zdjęcie wszystkich oprócz największego:


W czwartek Mr. Prodell zmusił nas, abyśmy w końcu przestali obijać się na siłowni (w ramach kinesiology mamy tygodniowo jeden dzień activity) i oceniał nas za pracę, którą wykonywaliśmy. Przeszłam tudzież przeskoczyłam samą siebie, bo jak u nas w polskim LO namiętnie obijałam się, jak tylko potrafiłam (uwielbiam pana Kuchara, pozdrawiam!), tak tutaj pobiłam swoje życiowe rekordy! Na leg press (odpychanie nogami) wzięłam 91kg, na inner thigh (rozkraczone nogi trzeba zebrać do siebie) 30kg, arm curl 9kg (śmiejcie się śmiejcie, każdy ma słabe strony xD), a na chest press (nie wiem jak to przetłumaczyć, wpiszcie sobie w google) 17kg normalnie i 27kg z pomocą mojej wspaniałej prawej nóżki. :) Tak, też sądzę, że jestem małym Pudzianem. Duma mnie rozpiera. A! I przy okazji dziewczyny rozciągały się, próbowały stopami dotknąć głowy, a okazało się, że Layson, który obija się aktywnie (leń śmierdzący!), praktycznie nic nie robi, nie trenuje, nic, nic, null, zrobił największy łuk w wygięciu i brakowało mi 5cm. Owszem, nie ma sprawiedliwości na tym świecie.

Pierwszą partię świąt mam za sobą i jestem załamana (hamburgery na "stole wigilijnym", ale to opiszę kiedy indziej), a przede mną jeszcze dwa spotkania z rodziną (mają za dużą, aby spotkać się na raz. Na ostatnim było 40 osób.) Tak poza tym, to finals (egzaminy semestralne) się zbliżają, powinnam drżeć, ale pewnie jak zwykle wezmę się za to na ostatnią chwilę. (Chociaż muszę się pochwalić, że kinesiology powtarzam JUŻ, ale może to dlatego, że człowiek, kości, mięśnie, złamania, dźwignie i inne cuda z fizyki, etc. to moje ulubione tematy?)

Chciałam podziękować za cudowną urodzinową paczkę od Iwony i Piotra! Jesteście najwspanialsi na świecie, a Iwona chyba czyta mi w myślach. Dzię-ku-ję!

niedziela, 27 listopada 2011

Thanksgiving & Black Friday.

Cztery dni wolnego prawie za mną. Green Bay Packers nie grają dziś, gdyż grali w czwartek (święto). Wygrali jedenasty raz z rzędu. 11 wygranych, 0 przegranych, następna drużyna za nimi do Detroit (7 wygranych, 4 przegrane).
Amerykańskie święta nie są złe. Thanksgiving było przyjemne. Nawet bardzo. Strasznie dużo osób się naschodziło (było nas chyba 30stka) i nie powiem, że było to dla mnie normalne, bo nie było. Do tej pory każde święta spędzałam w gronie 5 osób, także możecie sobie wyobrazić, co czułam. Są bardzo rodzinni i uprzejmi. Było dużo jedzenia, co zresztą potwierdzało teorię Lisy i Cassie, że Thanksgiving to święto obżarstwa i oglądania footballu w rodzinnym gronie. Indyk, ziemniaki purre, ziemniaki na słodko (strasznie dziwnie to smakowało), fasolka z grzybami, pełno szarlotek, torto-ciast, słodyczy, warzyw i różnych dziwnych rzeczy, których nie spróbowałam.







Świętowaliśmy w domu siostry Dave'a i muszę się przyznać, że jestem zakochana w tym miejscu. Z zewnątrz wcale nie wyglądało na super cudowne i duże, a gdy weszłam do środka... zdziwiłam się. Salon w dwóch częściach przedzielony ścianą, w którą wstawione były dwie szafy. Pełno porcelany, kilka obrazów, wystrój bardzo ciepły. Można było poczuć się jak w domu, a nie muzeum. Chociaż prawdę mówiąc jeszcze nie spotkałam tu domu-muzeum. W większości jest bajzel taki, że ledwo da się przejść, zlewu w kuchni nie widać, a nocnik stoi pod kuchenką. Brrr. I to prawda, że mają brud, smród i malarię w autach. Puste puszki walają się po tylnych siedzeniach, dywaniki/wycieraczki zawalone paprochami/okruchami, pełno psiej sierści, paczek po chipsach i nie wiem jeszcze czego. W każdym bądź razie jestem szczęściarą, że w autach moich hostów jest tylko psia sierść (której i tak nie znoszę, bo potem dostaję białej, kiedy wszystko muszę z siebie ściągać. Czuję się jak małe yeti.)

Po Thanksgiving o godzinie ok. 17 zostałam zawieziona do znajomych hostów i z nimi wybrałam się na Black Friday. Myślałam, że opuścimy dom o 2 nad ranem, a wybyliśmy o 23 tego samego dnia! Spędziłam jakieś 7h w galeriach i już nie chcę ich widzieć na oczy. Dopiero o 6 rano następnego dnia wróciliśmy do domu, poszłam spać na dwie godziny i przyjechała po mnie Lisa. Wróciłyśmy do Appleton, bo Dave miał jakiś interes u Chevroleta, potem dopiero do domu (przed 12). Poszłam spać, musiałam wstać o 16, bo o 17 wybierałam się do domu Rachel, która organizowała party. Drugą noc spędziłam poza domem. Własnoręcznie zrobiłyśmy kilka pizz, oglądaliśmy horrory (byłam pierwszą, która się buntowała, bo ich nienawidzę! a skończyło się na tym, że na luzaku wyśmiewałam się z tych brzydactw, a reszta dziewczyn chowała się pod kocami.) O 11 wróciłam z Hayley i Lauren do Shiocton, mama Hayley dała mi kilka kartek urodzinowych do przetłumaczenia (były po polsku, a oni nie znają naszego języka), przyjechał po mnie Dave, ruszyliśmy na stację w poszukiwaniu Milk Dotsów, ale niestety nie mieli ich. Ugh. Wróciłam do domu, poległam i poszłam spać. W ogóle wiecie co? Głupota ludzka mnie powala. W piątek był Black Friday, Hannah i Karoline były na tym, obkupowały się. Sobota, godzina 11... wybywają z powrotem do tego samego miejsca znów na to samo. Nosz kurczę... Jaką pałą trzeba być, aby po Black Friday iść na shopping, haha? Cały dzień się z tego nabijałam, zwłaszcza, że K. miała tylko $8 na karcie, pozdro600. :-D

Opiszę Wam Black Friday, bo to istna komedia. Było to dla mnie najbardziej upokarzającą rzeczą, jaką przeżyłam w życiu, stanie w kilometrowej kolejce i czekanie na otwarcie drzwi do sklepu, ale czego nie robi się dla American Experience. :-))) O ironio. Ludzie dostają bzika po prostu, no ale nic dziwnego, jak na przykład mikser można kupić za $2, a tv (te wysoko-calowe za niecałe $100) . Jeszcze stanie w kolejce przed sklepem to nic, ale jak tworzy się gigantyczna kolejka w środku sklepu i znaki, co jakiś czas pod tytułem, że "jeśli stoisz w tym miejscu, to znaczy że od kasy dzieli Cię jakieś 30 min.", to jest dopiero śmiech na sali. Miałam szczęście, bo poznałam strasznie dużo ludzi dzięki moim nowo poznanym dwóm dziewczynom (jedna z nich nazywa się Prawda Przeznaczenie, haha... a druga to dziewczyna z Włoch), więc wpychałyśmy się przed znajomych i nie musiałyśmy stać w długich wężach. Sklepy takie jak Abercrombie&Fitch/Hollister wynajmowały modeli, aby stali przed sklepem półnadzy i nie mogłam się powstrzymać, aby jednemu nie dosrać... Idziemy z dziewczynami, a ja nagle wyskoczyłam z tekstem "stoją, prężą mięśnie i myślą, że są piękni i inteligentni". xD Tępe strzały robiły sobie z nimi zdjęcia, jej jakie to poniżające, o mamo. Kupiłam sobie koc za $8, a kosztował $50, więc zrobiłam business! Rękawiczki i mam nadzieje, że są ciepłe, dwa balsamy, zakolanówki i bluzę z Hollistera za $20, a kosztowała $50. ;d Buty w Aldo chodziły za $40, prawie kupiłam jedne, no ale nie będę świrowała. Nie kupuję butów z Aldo, a Kazara tu nie mają, poza tym idzie zima i szpilki na tej wsi nie są mi potrzebne. Opanowałam się, tak samo jak z Victoria Secret. Jestem z siebie dumna. Promocje, które serwowali były ogromne. Na przykład w sklepie z mydłami i specyfikami do ciała, 3 balsamy (które normalnie kosztują $24 każdy, kosztowały $12 za jeden i gdy brało się trzy, kolejne trzy dostawało się gratis!).
Zrobiłam awanturę w McDonald's. O 3 nad ranem zrobiłam się głodna podczas zakupowania, więc chciałam coś zjeść. Stałam 15 minut w gigantycznej kolejce (nigdy takiej na oczy w MC nie widziałam), doszłam do kasy, zamówiłam, co chciałam i usłyszałam, że nie serwują obiadów, są tylko śniadania. I moja odpowiedź pod tytułem "chcę obiad" niestety nie zadziałała, musiałam wziąć jakieś cudo z opcji śniadaniowej. Efekt był taki, że potem dziewczyny rzucały jajkiem z mojej bułki w ludzi. Wiem, że bardzo mądrze i za dużo w tyłku mamy, no ale bywa.

Przepraszam za nie do końca ładny język, ale musiałam z siebie wylać emocje w odpowiednim i doskonale odzwierciedlającym je tonie.

Wczoraj dostałam swoją kolejną, długo wyczekiwaną paczkę i chciałam ogłosić wszem i wobec, że DZIĘKUJĘ NAJDROŻSZY!

wtorek, 22 listopada 2011

State Championship!

Zacznę od najważniejszych informacji na świecie w świecie Shiocton! MAMY VICE-MISTRZOSTWO STANU W FOOTBALLU, YEEEAH! Ciężko mi to pojąć, że taka mała, a taka dobra drużyna, ale to prawda. Z tego powodu odwołano mi w zeszły czwartek szkołę (17 listopada), bo cała szkoła zmierzała w stronę Madison (stolica stanu). Dobra, nie wyłamałam się i też się zabrałam. Było horrendalnie zimno, mało co nie zamarzłam, ale przetrwałam!! Najdroższa gorąca czekolada i popcorn w całym moim życiu, ale to nadal nie to samo, co psie gówno z Francji owinięte w sreberko za 75 euro, huehue. :-) Trochę szalonych zdjęć:


  



(Nie mam pytań, co do tego zdjęcia, gdyż koszulka, którą ma na sobie Mr. Barth była robiona w drodze na stadion, haha.) Właściwie trudno opisać mi całą wyprawę. Było przezajebiście! Dużo śmiechu, lamentowania, że zimno, kłócenia się z freshmenami o siedzenia, kolorowanie Cobiego (sweety cutie freshmen, co walnął sobie cały ryj na zielono z miłości do drużyny), szukania dróg, integrowania się z ludźmi, którzy skończyli high school dawno temu. Trudno objąć to w kilku zdaniach. Na sam koniec, kiedy wróciliśmy do Shiocton, footballiści przywitani zostali paradą. Straż pożarna i policja eskortowała nas wszystkich pod samą szkołę, ludzie wychodzili z domów, barów i sklepów, aby klaskać, gratulować i dziękować zawodnikom. Wiecie co? Brak mi było słów. Magicznie po prostu. Oni naprawdę potrafią docenić zawodników. W Polsce powrót z vice-mistrzostwem byłby wielką przegraną i niczym więcej.

Śnieg spadł 9 listopada i nie wiem, jak mam określić swoje odczucia w związku z tym. Z jednej strony byłam zaskoczona, że tyle na jeden raz (padało cały boży dzień, bez ustanku!), z drugiej strony atakowała mnie myśl "nie jest aż tak źle". Biorąc pod uwagę, że dla mnie nic nigdy nie jest "aż tak złe", to chyba jednak było ostro. Pługi zawitały na mojej fantastycznej ulicy co najmniej 6 razy.
10 listopada Lisa miała urodziny i z tejże oto okazji z Chicago przyjechała jej siostra Lesley. Na urodzny Lisy dostałam CHLEB! i śliwki w czekoladzie, które oddałam Dave'owi. Jak w PL nigdy nie ruszałam kromki, tak tu wtryniłam cały. Nie podejrzewałam, że kiedykolwiek zacznę skakać za chlebem jak wypuszczona z Oświęcimia. Dzika radość dziecka:


W środę zaczynałam trening koszykówki, więc we wtorek pojechałyśmy z dziewczynami (Natasha i Nicole) to Appleton po moje buty i spodenki. Był fun, niezaprzeczalnie. Obie dziewczyny kiedyś trenowały, ale nabawiły się kontuzji, więc zmuszone były przestać. Ich miłość do koszykówki przelała się na mnie i latały za wyżej wymienionymi bzdetami z większym zapałem niż ja.W drodze powrotnej zahaczyłyśmy o McDonald's i wymusiłam na nich wysadzenie tyłka z wozu, co spowodowało serię dziwnych sytuacji w kolejce po papu, haha. Wróciłyśmy do szkoły, akurat footballiści pakowali się w autokar do Green Bay (z treningu wrócili do domu o 22) i o mało mnie nie zjedli za McDonald'sową torbę, którą miałam w rękach. Pojechałam z Nicole do jej domu, potem odwiozła mnie do mojego. Dzień był długi, wesoły i pełen wrażeń.

Zaczęłam swoje fantastyczne treningi koszykówki. Nie mam pytań. Rzeźnia trwa 3h, a na koniec każdej biegamy wzdłuż boiska 15 razy. Na wykonanie mamy 59 sekund. W czwartek biegałyśmy 3 partie, bo za pierwszym razem trenerzy nie byli zadowoleni z wyniku (czas ostatniej dziewczyny był 56sek.), za drugim razem jedna laska nie dotknęła nogą linii, za co dostała dwie szanse rzutu do kosza, spartoliła pierwszą, więc z tego tytułu wszystkie biegłyśmy trzecią turę. W niecałe 3min. zrobiłam 675m, amen. Gdybym w PL tak fantastycznie na Cooperze biegała, to miałabym jeden z najlepszych wyników w szkole. Jeszcze nigdy po niczym nie byłam tak zmęczona jak jestem po treningach. Wracam do domu po 18, umieram z głodu i jem... bardzo dużo. Ostatnim razem wrzuciłam w siebie 7 kawałków pizzy (cała ma 8). I żeby było śmieszniej, jestem bardziej niż pewna, że mimo wszystko spadnę z wagi. Szczerze mówiąc nie wiem po co trenuję. Chyba znów chcę wyłamać kilka barier wewnątrz siebie. W dzień, kiedy chłopcy grali state championship miałam trening od 6 rano do 8:30. Na stadionie zmroziłam trochę mięśnie i dzień później nie mogłam się ruszać.

W niedzielę po urodzinach Lisy odwiedziliśmy restaurację Red Lobster i nie uwierzycie, ale wrzuciłam w siebie 45 krewetek! Były przepyszne i koniecznie chcę tam wrócić. Najlepsze jest to, że akurat trafiliśmy na promocję, która upoważniała nas do zamawiania ile chcemy, a płacenia za jedną porcję. :-) UWIELBIAM to miejsce!

W zeszłą sobotę byliśmy na śniadaniu w naszym ulubionym miejscu i jak zwykle zamówiłam to samo. Upodobałam sobie to danie i chyba nic już tego nie zmieni.



Dziś znów wybrałam się do Appleton, by kupić skarpetki do gry w kosza, gdyż ani jeden z trzech ciołków nie wpadł na pomysł, że stopki w połączeniu z koszykarskimi butami będą powodowały super obtarcia. Tak, poobcierałam obie kostki do krwi, ale nie przeszkadzało mi to w treningach. Nie no, wcale. Ironio ubóstwiam cię. Pobiegałyśmy po galerii, pooglądałam wiele rzeczy, które kupię w okolicach Świąt Bożego Narodzenia, przy okazji szukałam butów na zimę i wiecie co jest najciekawsze? Półtorej miesiąca temu podrabiane emu kosztowały $60, trzy tygodnie temu $80, a dzisiaj $100. Tym razem nie będę samobójcą i albo trafi mi się okazja (dzisiaj prawie złapałam jedną, gdzie mogłam kupić jedną parę za regularną cenę, a drugą wziąć za -50%, ale nie było moich rozmiarów!!) albo wystarczą mi te buty, które zabrałam z Polski. Wszystko ma swój cel i powód. Szukałam moich fantastycznych kremów, ale niestety jest tu ogromny problem ze znalezieniem Garniera. Kupiłam coś innego i mam nadzieje, że będzie działać równie dobrze, jak moje polskie specyfiki. ;-) Spotkałam i poznałam dzisiaj kupę ludzi. Idziemy z Natashą uradowane, nagle ta rzuca do kogoś "cześć Patryk!", potem dostaje sms'a od jakiegoś kolegi, że jest w galerii i możemy się spotkać. Następnie spotkałyśmy kupę ludzi od nas z high school. Wesoło było.

Naprawdę nie rozumiem dlaczego jedna moja karta działa prawie wszędzie, a druga rzadko kiedy. Chyba skończy się tak, że będzie trzeba prawie wszystkie PLN-y przelać na dolarową, bo to jakaś niedorzeczność, że nie jestem w stanie płacić praktycznie wszędzie, czyli karta jest prawie, że bezużyteczna! Chciałam dzisiaj wybrać $200 i mi się blokada włączyła, bo przeliczenie z PLN-ów poszło za duże, ugh. Nienawidzę tej mechanizacji.

Green Bay Packers są nadal JEDYNA drużyną w NFL, która nie przegrała ani jednego meczu, jupiii! W czwartek (Thanksgiving) grają z Detroit, a w niedzielę kolejny mecz i potem tylko 4 więcej, i play offy! Mam nadzieję, że w tym roku też zdobędą mistrzostwo Stanów Zjednoczonych, bo byłoby to przewspaniałym uczuciem przeżyć to tu na miejscu! Pokochałam amerykański football mocniej niż soccer. I tak, zaczęłam rozróżniać słowo football od soccer. Piłkarskie pajacyki powinny się przypatrzyć jak się gra brutalnie i kiedy ewentualnie można jęczeć, że boli. ;-)

Mała aktualizacja exchange studentów u nas w szkole: Indie, Pakistan, Brazylia, Norwegia, Polska, Niemcy, Hiszpania, Tajwan, Meksyk i prawdopodobnie dojdzie do nas niebawem kolejna osoba z Brazylii!

Przy okazji jestem przeszczęśliwa, że zapoznaję się z nowymi raperskimi songami, o których istnieniu w PL nie miałam zielonego pojęcia, a są naprawdę dobre!
Jakiś czas temu opanowałam umiejętność robienia amerykańskich naleśników. Pierwszy krok w kuchni postawiony, jeeea! Ten rok jest rokiem nauki nie tylko języka.
I wiecie co? Nie jest źle. Zaczęłam mieć fun, a reszta została w tyle. W piątek o 2 w nocy wybieram się z jakąś koleżanką moich hostów i jej student exchange z Włoch na Black Friday, przeżyć szalone przeceny. Lisa stwierdziła, że byłoby fajnie gdybym pożyczyła od jakiegoś kolegi footballisty hełm, bo cuda dzieją się w ten dzień, no ale dobra. Sam fakt, że muszę być o 2 w nocy pod drzwiami galerii jest upokarzający. Nieważne. Niech żyje american experience!

niedziela, 6 listopada 2011

Halloween.

Wcześniej uważałam Halloween za głupotę, a teraz wiem, że za rok będzie mi tego brakowało. To naprawdę świetna zabawa! Już nie mówię o dorosłych, ale dla dzieci! Zaczęłam się zastanawiać czy przypadkiem dzięki temu tutejsze dzieciaki nie boją się różnych dziwnych stworów, bo same się za nie przebierają i wiedzą, że to nierealne. Jak wyglądają tu przygotowania do Halloween? Dokładnie tak samo, jak u nas te do Bożego Narodzenia. Ogrom ozdób przed domem, światełka pomarańczowo-zielone, etc. Zbierałam słynne cukierki i nie mogłam wyjść z podziwu niektórych dekoracji. Jeden mężczyzna walnął sobie przed domem kupę liści i myślałam, że to po prostu zgrabiona kupa i tyle, kiedy nagle dziwny wrzask się spod tego wydobył. Tak, przestraszyłam się, bo ciemno było i jeszcze dym z tego poszedł. Podziwiam ich wszystkich za to, że chce się im wydawać ich własne pieniądze na kilka uśmiechów małych bachorków. Co prawda nie wszyscy się w to bawią, ale Ci, którzy jednak się na to decydują są nie do opisania! Kilka rodzin zrobiło przedstawienia przed domem, ale w pamięć zapadła mi jedna. Przebrali się za jakieś dzikie puchate stwory (coś na kształt yeti), skakali jakby taniec deszczu odstawiali, a jedna kobieta w wielkim garze (tak, takim czarnym jak baby jagi mają) gotowała sok, w którym pływały sztuczne oczy iiii... częstowała tym ludzi przechodzących obok, haha. Po drodze spotkałam wymieńca z Pakistanu i nauczył mnie kilka zdań (+ przeklinać oczywiście, tak jest się czym chwalić) tylko nie wiem, w którym języku, bo powiedział, że zna 4 języki (perski, arabski, urdu, jakiś tam jeszcze), więc następnym razem jak go spotkam, to muszę zapytać. Jak mnie zobaczył to zaczął na całe gardło się drzeć, że "Ania, Ania! Mamy zdjęcia razem." Fakt, mamy, ale homecoming był hoho daleko temu, a on jeszcze o tym pamiętał. Oto moje zbiory, których nie potrafię zjeść, bo mi szkoda:


 
Dacie wiarę, że przez jakieś może niecałe półtorej godziny zabawy w to zebrałam 96 cukierków, a chodziłam z 4 innymi osobami? Wyobraźcie sobie ile Ci ludzie pokupowali słodyczy. :-D Jeden facet powiedział mi, że miał już 300 przebierańców (dzieciaki), co jest dla mnie dziwne, bo Shiocton ma niecałe 1000. Mój wspaniały strój, chociaż na zbieraniu cuksów miałam inny, bo było zimno (wszystko schowało się pod kurtką i jedno, co było widać to moją czapkę policjantki):


A tu kolejny:


 
Co prawda nie widać go całego, jest zrobiony lustrzanką w lustrze, ale niestety nie miałam jakiegoś fotografa pod ręką, aby mi pomógł, więc jest tak jak jest. :-D Już wiecie dlaczego żałuję, że nie ma tego w Polsce? Wczoraj jeszcze w Appleton była impreza pożegnalna dla Halloween i każdy kto przyszedł był przebrany w swój fantastyczny strój. Ogroooomna zabawa. Tutaj jeszcze macie małą Keyli (ona jeszcze nawet nie chodzi...) przebraną za truskawkę:


 
W piątek dostałam paczuszkę i z tego tytułu chciałam wszem i wobec ogłowić, że KOCHAM SWOJĄ MAMUSIĘ!





 

Moja fantastyczna nowa biało-czerwona kurtka. Teraz jestem jeszcze bardziej szczęśliwa. Moje cudowne cukieraski, ojeojeoje! I wiecie co? Już mi jest ich szkoda jeść. Jak w Polsce nie miały prawie żadnej wartości, poza tym, że zaklejały mi buźkę, kiedy klepałam na laptopie, tak teraz mają wartość większą niż cokolwiek innego. :-( To smutne, że doceniam swoje dopiero daleko od domu. Na razie dałam nowym rodzicom delicje i są pod wrażeniem. 10 listopada Lisa ma urodziny, więc wręczę im całą resztę. (Btw tego dnia mam szczepienie niby, ale idę robić batalię jutro do pielęgniary, bo powiedziałam sobie, że amerykański rok szkolny będzie moim pierwszym bez opuszczenia DNIA w szkole, a przez te szczepionki muszę opuścić szkołę akurat 10 listopada, więc NIE MA BATA, nie dam się!)

Zaliczyłam już kilka wpadek językowych. Wszystkie z przekleństwami, gasz!
Chciałam opisać moje przeżycia z poje$^&#%$ koordynatorką, ale oszczędzę sobie. Nie chcę o niej słyszeć nawet. Może i chce dobrze dla swoich wymieńców, ale nie umie tego robić i podchodzi w zupełnie zły sposób.
W któryś tam poniedziałek bardzo dawno temu (dwa tygodnie temu?) musiałam odreagować i takim oto sposobem wróciłam do domu o 21. Po szkole zostałam na treningu tańca, ale to taka kaszana była, że nie ma opcji, abym do nich dołączyła. To nie był dance team, to był talk team. Potem Hannah miała koncert (jedna z jej fantastycznych lekcji to chór), więc zostałam i słuchałam. Baaaardzo mi się podobało. I chór i band. Nawet trochę rozumiałam jedną rosyjską piosenkę. Prawie poczułam się jak u siebie. Z Marcosem mieliśmy polew przez cały koncert, bo próbowaliśmy filmować Hannah, ale jej aparat robi przy tym wielkie BIIIIP, więc spasowałam, a on potem kamerował nie to miejsce, gdzie ona stała, hahaha. Rozpaczaliśmy na temat zimy (on nigdy na oczy śniegu nie widział, bo z Brazylii jest) i tego dlaczego nie poleciał na Florydę ze swoimi hostami. Śmialiśmy się przez pół koncertu, bo jakieś dzidzi zaczęło śpiewać z chórem. Mieli jakąś piosenkę z przerwami i w ich trakcie to małe coś darło buzię. To było dobre. Swoją drogą po tym roku moje przygody z dzieciakami przebiją wszystko i wszystkich. Jak nigdy nie miałam styczności z dzieciolandią, tak tutaj aż za dużo i zbyt często. Mimo wszystko daję radę, jest fun i satysfakcja! :-D

W ostatnim tygodniu miałam niezapowiedziany test z kinesiology, który zawierał język techniczny (bzdury typu śrubokręt, wiertarka, taczka, etc), więc nie trudno zgadnąć, że nie miałam zielonego pojęcia o czym czytałam. Mój wspaniały słownik nie jest wystarczająco mądry, aby mi pomóc, więc poradziłam sobie sama i coooo? I maks punktów. No powiedzcie... czy ja nie jestem geniuszem? :-D W piątek skończyła mi się pierwsza połowa semestru i mam same A. Z czterech przedmiotów (algebra, kinesiology, senior studies, hiszpanski) mam 99%, bomba!

Dwa dni temu wybraliśmy się do restauracji, jadłam przepyszne krewetki (w połączeniu z frytkami nie bardzo), ale że było tego tak dużo i byłam w stanie zjeść tylko kreweciochy, to mogę powiedzieć MNIAM! Dave zamówił sobie żabie udka (już wiem, dlaczego moja żaba do nas nie przychodzi wieczorami, a codziennie skakała na szybę i czasami udało jej się wbić do domu, kiedy Lisa szła na papierosa, a potem Dave skakał za nią po całym pokoju). Dave dał mi spróbować jakąś rybę, smakuje jak lobster, ale nie wiem jaka polska nazwa odpowiada temu daniu.

Z tygodnia na tydzień Hannah śpi u mnie, ja u niej i radzimy sobie jakoś z nudą. Namiętnie próbujemy. Mamy nową dziewczynę na wymianie z Hiszpanii i możliwe, że niebawem przybędzie kolejna z Tajlandii. Muszę dziś skończyć swój projekt na Senior Studies (mam zaplanować swój ślub i mam na to $10.000, ale że dziecko sprytne jest, to przeliczyłam sobie to na PLN-y i powiedzmy, że mogę się więcej porządzić, hihi!) O 12 Lisa przyjeżdża po mnie i chyba będę znów jeździła konno po drodze (nienawidzę tego, ale nie chcę być upolowana przez myśliwych). O 15 będę oglądała football (tak, pojęłam o co chodzi w amerykańskim footballu i uważam, że jest to bardziej męskie niż pajace z Europy, które zostaną kopnięte w nóżkę i płaczą). Ostatnio dotarło do mnie dlaczego wylądowałam w Wisconsin. Zanim przyjechałam tu powiedziałam sobie, że chcę być w stanie, który ma najlepszy team w USA. I co? Green Bay Packers nie przegrali ani jednego meczu i są aktualnie najlepszą drużyną w NFL, a w tamtym roku mieli mistrzostwo. Fajny los sobie zgotowałam, prawda? Jednak nie zmienia to faktu, że na razie mam dużo emocji przed telewizorem i przed powrotem do Polski muszę sprawić sobie koszulkę Finleya.

Jeszcze raz dziekuje za paczke!